Dzień 11. - Ferreira - Boente
Ferreira - Boente
Kolejny dzień za nami. 11 dzień wędrówki, 2 z serii "na luzie".
Wstajemy o 7, pakujemy się i zabieramy się za śniadanie i kawę 🙂
wychodzimy chwilę po 9 i trafiamy w sam środek Galicyjskiego lata. Jakieś 12 stopni i mrzawka. Na szczęście po niecałej godzinie pojawia się słońce, które daje pozorne uczucie ciepła. Pojawiają się pomysły by zdjąć kurtki i bluzy, lecz zimny wiatr szybko weryfikuje tą nierozsadna myśl.
Można powiedzieć że ostatecznie opuściliśmy góry i teren stał się bardziej monotonny - wzgórza, pagórki, pastwiska, wsie. W zasadzie atrakcje zapewniaja nam lasy eukaliptusowe, które pięknie pachną oraz stada krów przechodzących przez środek wsi. One pachną jednak nieco gorzej 😉
Po dwóch godzinach drogi i odkryciu, że bar w którym planowaliśmy postój jest zamknięty, postanowiliśmy zrobić przerwę. Zjedliśmy drugie śniadanie, odpoczelismy i ruszyliśmy dalej. Po 10 minutach odkryliśmy kawiarnie, której nie było w przewodniku. Po chwili zwątpienia ulegliśmy pokusie i zatrzymaliśmy się na kawę i ciastko w przepięknej kawiarni prowadzonej przez panią z Irlandii. Wiązało się to z tym, że bez problemu mogliśmy porozumieć się po angielsku i zjedliśmy pyszne ciastko marchewkowe z bananowym kremem.
Następnie droga ciągnęła się raz w górę raz w dół przez kolejne wsie. W zasadzie droga była dość monotonna, ale na szczęście około godziny 13 zrobiło się bardzo ciepło i mogliśmy pozwolić sobie na rozebranie ciepłych ubrań, a ja zaszalelem i zamieniłem trekingi na sandały. Przed dotarciem do Melide postanowiliśmy zrobić chwilę przerwy na ławeczce pod drzewem. W mieście kupiliśmy nieco zapasów jedzenia i ruszyliśmy "autostradą" do Boente. Autostrada z tego względu, że nasz szlak połączył się z francuskim i na drodze pojawiły się tłumy ludzi. Na szczęście zostało nam tylko 6km do albergue, w którym mieliśmy rezerwację. Mogliśmy więc spokojnie pokonać ostatnią godzinę naszej drogi tego dnia.
Przed 16 doszliśmy do miejsca naszego noclegu, gdzie usiedliśmy do wspólnego obiadu, praktycznie po przekroczeniu progu schroniska.
Po obiedzie prysznic, pranie, chwila siesty 🙂
A teraz siedzimy razem na ogródku popijając małe hiszpańskie piwko - podobno dobrze działa na mięśnie 😉
Michał
Kolejny dzień za nami. 11 dzień wędrówki, 2 z serii "na luzie".
Wstajemy o 7, pakujemy się i zabieramy się za śniadanie i kawę 🙂
wychodzimy chwilę po 9 i trafiamy w sam środek Galicyjskiego lata. Jakieś 12 stopni i mrzawka. Na szczęście po niecałej godzinie pojawia się słońce, które daje pozorne uczucie ciepła. Pojawiają się pomysły by zdjąć kurtki i bluzy, lecz zimny wiatr szybko weryfikuje tą nierozsadna myśl.
Można powiedzieć że ostatecznie opuściliśmy góry i teren stał się bardziej monotonny - wzgórza, pagórki, pastwiska, wsie. W zasadzie atrakcje zapewniaja nam lasy eukaliptusowe, które pięknie pachną oraz stada krów przechodzących przez środek wsi. One pachną jednak nieco gorzej 😉
Po dwóch godzinach drogi i odkryciu, że bar w którym planowaliśmy postój jest zamknięty, postanowiliśmy zrobić przerwę. Zjedliśmy drugie śniadanie, odpoczelismy i ruszyliśmy dalej. Po 10 minutach odkryliśmy kawiarnie, której nie było w przewodniku. Po chwili zwątpienia ulegliśmy pokusie i zatrzymaliśmy się na kawę i ciastko w przepięknej kawiarni prowadzonej przez panią z Irlandii. Wiązało się to z tym, że bez problemu mogliśmy porozumieć się po angielsku i zjedliśmy pyszne ciastko marchewkowe z bananowym kremem.
Następnie droga ciągnęła się raz w górę raz w dół przez kolejne wsie. W zasadzie droga była dość monotonna, ale na szczęście około godziny 13 zrobiło się bardzo ciepło i mogliśmy pozwolić sobie na rozebranie ciepłych ubrań, a ja zaszalelem i zamieniłem trekingi na sandały. Przed dotarciem do Melide postanowiliśmy zrobić chwilę przerwy na ławeczce pod drzewem. W mieście kupiliśmy nieco zapasów jedzenia i ruszyliśmy "autostradą" do Boente. Autostrada z tego względu, że nasz szlak połączył się z francuskim i na drodze pojawiły się tłumy ludzi. Na szczęście zostało nam tylko 6km do albergue, w którym mieliśmy rezerwację. Mogliśmy więc spokojnie pokonać ostatnią godzinę naszej drogi tego dnia.
Przed 16 doszliśmy do miejsca naszego noclegu, gdzie usiedliśmy do wspólnego obiadu, praktycznie po przekroczeniu progu schroniska.
Po obiedzie prysznic, pranie, chwila siesty 🙂
A teraz siedzimy razem na ogródku popijając małe hiszpańskie piwko - podobno dobrze działa na mięśnie 😉
Michał

















Komentarze
Prześlij komentarz