Dzień 16. Olveiroa - Corcubion
Dzień 16. Olveiroa - Corcubion
Dzien dobry! :) - tak, to naprawdę udany dzień..., ale wszystko po kolei.
Pobudka 6.00 - dla tych, którzy potrzebują energii w postaci śniadania i 6.30 dla tych, którzy śniadanie wolą zjeść w drodze. Prawie każdemu spało się dziś całkiem dobrze- nie wiem czy to zasługa usypiających zapachów krowiego łajna, czy też przebytych kilometrow, ale liczy sie efekt; p Wyruszylismy w drogę o 7.00 Do przejścia mieliśmy jedynie 19 km, ale zazwyczaj mała ilość kilometrów sprawia nam wiele trudnosci :P Pierwsze kroki stawialiśmy w towarzystwie mżawki, a kolejne we mgle- niestety przez dość długi okres czasu nie mogliśmy podziwiać pięknych widokow, który bardzo chciałyśmy pokazać naszym mężczyznom. Idąc zastanawialiśmy się ile spotkało nas ciepłych dni w tej "słonecznej Hiszpanii" i nie zgadniecie - można je policzyć na palcach jednej ręki - był to jeden calutki słoneczny dzień od rana do wieczora- przedwczoraj ;). Śmiejemy się, że kiedy wrócimy do Polski to pewnie trafimy na ochłodzenie klimatu :D Pierwszą przerwę zrobiliśmy 15 km przed Corcubion. Posileni kawą, czekoladą i innymi dobrociami wyruszylismy w poszukowaniu oceanu, który mielismy nadzieję zobaczyć na horyzoncie. Michał nie potrafił się doczekać oceancu jak dziecko swoich urodzin- wszystkich wyprzedził, a później czekał na nas 30 minut wydzwaniając, gdzie jesteśmy bo on "widzi już ocean" :D. Nie dziwię się, że było mu spieszno - widok ocenu po tylu przebytych kilometrach jest naprawdę niesamowity :) Warto bylo. Widokiem ocenau i zatoki przywitało nas miasteczko o nazwie- Cee. Tam zorientowaliśmy się, że dziś jest święto i sklepy są zamknięte więc nasze plany dotyczące zakupu mnóstwa smakowitych owoców wzięły w łeb. Przybrzeżne mistecza tutaj są urocze - piaskowe budynki i wąskie uliczki - zachwycają. Udało nam się znaleźć otwartą piekarnie, gdzie pochłonięci łakomstwem wydalismy sporą sumie;p Droga do Corcubion z Cee, tak jak zresztą pamiętałyśmy z Martą, była okrutna :D - przewodnik i mapka mówiły, że to tylko 18 metrów pod górkę. Pamiętajcie, to nie prawda- górka nie miała końca! O 13.00 byliśmy u celu - naszym oczom ukazało się Albergue San Roque. Jest to albergue, które prowadzą pielgrzymi (wolontariusze) dla pielgrzymów. Trzy lata temu byłyśmy w tym Albergue z Marta. Gospodarzami (hospitalero) była wtedy para narzeczonych. Spotkaliśmy ich i tym razem. Okazało się, że są tutaj tylko na jedną noc zastępując gospodarza. Niesmowity zbieg okoliczności :). Gospodarze poinformowali nas, że Albergue otwierają dopiero 16.00, ale już po chwili postanowili otworzyć je dla nas wcześniej wyjaśniając, że nieprzyjemnie jadło im się obiad kiedy my byliśmy na zewnątrz. Kiedy juz się rozgościlismy poczęstowali nas swoim obiadem - przepyszną paellą:). Po obiadku zagralismy w karty, wcinając ciasto kupione w cukierni i pijąc kawkę. O 20.00 gospodarze zaprosili nas na kolację, którą sami przyrządzili ;). To albergue przypomina mi najpiekniejsze chwile z przed 3 lat.
Tak, to był naprawdę UDANY DZIEŃ ;)
Aga
Dzien dobry! :) - tak, to naprawdę udany dzień..., ale wszystko po kolei.
Pobudka 6.00 - dla tych, którzy potrzebują energii w postaci śniadania i 6.30 dla tych, którzy śniadanie wolą zjeść w drodze. Prawie każdemu spało się dziś całkiem dobrze- nie wiem czy to zasługa usypiających zapachów krowiego łajna, czy też przebytych kilometrow, ale liczy sie efekt; p Wyruszylismy w drogę o 7.00 Do przejścia mieliśmy jedynie 19 km, ale zazwyczaj mała ilość kilometrów sprawia nam wiele trudnosci :P Pierwsze kroki stawialiśmy w towarzystwie mżawki, a kolejne we mgle- niestety przez dość długi okres czasu nie mogliśmy podziwiać pięknych widokow, który bardzo chciałyśmy pokazać naszym mężczyznom. Idąc zastanawialiśmy się ile spotkało nas ciepłych dni w tej "słonecznej Hiszpanii" i nie zgadniecie - można je policzyć na palcach jednej ręki - był to jeden calutki słoneczny dzień od rana do wieczora- przedwczoraj ;). Śmiejemy się, że kiedy wrócimy do Polski to pewnie trafimy na ochłodzenie klimatu :D Pierwszą przerwę zrobiliśmy 15 km przed Corcubion. Posileni kawą, czekoladą i innymi dobrociami wyruszylismy w poszukowaniu oceanu, który mielismy nadzieję zobaczyć na horyzoncie. Michał nie potrafił się doczekać oceancu jak dziecko swoich urodzin- wszystkich wyprzedził, a później czekał na nas 30 minut wydzwaniając, gdzie jesteśmy bo on "widzi już ocean" :D. Nie dziwię się, że było mu spieszno - widok ocenu po tylu przebytych kilometrach jest naprawdę niesamowity :) Warto bylo. Widokiem ocenau i zatoki przywitało nas miasteczko o nazwie- Cee. Tam zorientowaliśmy się, że dziś jest święto i sklepy są zamknięte więc nasze plany dotyczące zakupu mnóstwa smakowitych owoców wzięły w łeb. Przybrzeżne mistecza tutaj są urocze - piaskowe budynki i wąskie uliczki - zachwycają. Udało nam się znaleźć otwartą piekarnie, gdzie pochłonięci łakomstwem wydalismy sporą sumie;p Droga do Corcubion z Cee, tak jak zresztą pamiętałyśmy z Martą, była okrutna :D - przewodnik i mapka mówiły, że to tylko 18 metrów pod górkę. Pamiętajcie, to nie prawda- górka nie miała końca! O 13.00 byliśmy u celu - naszym oczom ukazało się Albergue San Roque. Jest to albergue, które prowadzą pielgrzymi (wolontariusze) dla pielgrzymów. Trzy lata temu byłyśmy w tym Albergue z Marta. Gospodarzami (hospitalero) była wtedy para narzeczonych. Spotkaliśmy ich i tym razem. Okazało się, że są tutaj tylko na jedną noc zastępując gospodarza. Niesmowity zbieg okoliczności :). Gospodarze poinformowali nas, że Albergue otwierają dopiero 16.00, ale już po chwili postanowili otworzyć je dla nas wcześniej wyjaśniając, że nieprzyjemnie jadło im się obiad kiedy my byliśmy na zewnątrz. Kiedy juz się rozgościlismy poczęstowali nas swoim obiadem - przepyszną paellą:). Po obiadku zagralismy w karty, wcinając ciasto kupione w cukierni i pijąc kawkę. O 20.00 gospodarze zaprosili nas na kolację, którą sami przyrządzili ;). To albergue przypomina mi najpiekniejsze chwile z przed 3 lat.
Tak, to był naprawdę UDANY DZIEŃ ;)
Aga





Komentarze
Prześlij komentarz