Dzień 5. - Borres - Berducede

Dzień 5 - Borres - Berducede, ok 30 km trasą La Ruta de los Hospitales

Witajcie!
Dzień zaczął się słabo. Nie mieliśmy gdzie spać, rozłożyliśmy się na dziko w albergue - Aga z Michalem na podłodze w kuchni, my na schodach na półpiętrze. Zatem, wyobraźcie sobie jaką mieliśmy noc - ja z twarzą na schodku a Aga z Michalem bez szans na sen bo od godziny 1.20(!) zaczęli wychodzić pierwsi pielgrzymi... Niestety camino zamieniło się w wyścig o łóżko. Wiedzieliśmy, że na szlaku Camino Frances, z którym nasz szlak połączy się za kilka dni bedą takie biegi " kto pierwszy ten ma miejsce więc wyjdźmy o 3 z albergue" ale nie sądziliśmy, że na szlaku Primitivo będą takie same problemy z noclegami. Któż to mógł przewidziec? Szlak niestety nie jest przygotowany infrastrukturalnie na taką ilość pielgrzymów, co stanowczo zmienia kształt naszej drogi. Nastawiałam się na spokojną,  piękną wędrówkę, podziwianie gór Hiszpanii, postoje w uroczych kawiarenkach i delektowanie się grande americano no leche a okazuje się, że aby mieć gdzie spać musimy wyjść z albergue o 6 rano jak jeszcze jest ciemno i niewiele widać. Zobaczymy co dalej przyniesie nam droga.
Dziś po naprawdę krótkiej i nieprzespanej nocy podjęliśmy wyzwanie przejścia szlakiem tzw. Dawnych szpitali. W rzeczywistości tłumaczenie polskie tej nazwy szlaku jest dość odbiegające od idei - raczej to szlak starych albergue. Ruszyliśmy o 6.45 i zaczęliśmy od niekończącej się premii górskiej - weszliśmy na 1200 m.n.p.m.  Wysiłek został wynagrodzony w naprawdę pięknych widokach - dane nam było zobaczyć wschód słońca zza horyzontu gór, weszliśmy ponad chmury, na szczycie chodziły swobodnie krowy i konie, przeszliśmy "przez tęczę", a resztę cudowności zobaczycie na zdjęciach które postaram się wysłać jak tylko dorwiemy lepszy internet :)
Przy zejściu z gór nie wiedzieć skąd pojawiła się - jak to mówią na śląsku - HICA! I to taka że dała w kość. Po raz pierwszy skończyła nam się woda. W tym wszystkim z dobrą nowiną zadzwoniła do nas Gosia z Wiesiem, informując że zajęli nam łóżka w albergue - nieco zmniejszyliśmy tempo marszu a radość wypełniła nasze serducha :)
Dotarliśmy do albergue, rozpoczęliśmy codzienny pielgrzymi standard - buty na zewnątrz co by wywietrzały, kije w specjalny stojak, prysznic, pranie, i jedzonko.
Wychodząc na zakupy minęła nas trójka pielgrzymów którzy opłacili sobie nocleg w naszym albergue które było juz pełne ( było tylko 12 łózek). Wynikła dziwna sytuacja którą ciężko nam było ogarnąć naszym polskim umysłem, grupa Włochów i Hiszpanów kłóciła się ze sobą, dyskutując kto w takim razie powinien opuścić łóżko. Oczywiście jako grupa sześciu polaków NIE mówiących po hiszpańsku - nie mieliśmy szans w tej bitwie. pani hospitalero uznała za fakt ze łóżek jest 12 a ma 15 osób, na szczęście włosi nie ustąpili i wszyscy zostaliśmy "na swoich łóżkach" a trójka nadprogramowych pielgrzymów została przetransportowana do innej wioski na nocleg.
W albergue warunki były polowe - kuchenka wyglądała obiecująco niestety jakiś złota rączka który ją montował coś chyba pomieszał bo wywalało korki jak włączaliśmy więcej niż 1 palnik...
Ostatecznie cała szóstka smacznie zjadła, ale dzień był dłuuuuugi :)
Wisienką na torcie była Msza Sw po polsku! Akurat wieczorem do albergue dotarła grupa polaków - 6 niewiast i ksiądz, rozbili namioty za albergue i zaprosili nas na Msze. To było naprawdę cudowne - na polu, przy namiotach wspolnie powierzyliśmy wszystkie intencje - a te były dziś za potomstwo - dla naszych bliskich którzy się o nie starają i za te, które wymodliliśmy rok temu - co by zdrowo rosło :)








Komentarze

Popularne posty