Dzień 7. - Grandas de Salime - Padron
Dzień 7. - Grandas de Salime - Padron
Witajcie!
Dzisiaj chcielibyśmy pozdrowić Was ze SŁONECZNEJ, GORĄCEJ Hiszpanii:) o godzinie 10.00 było u nas - uwaga uwaga - jakieś 10 stopni! Popołudniu wyszło słońce i temperatura podniosła się do 18 stopni ;)
Ale od początku, wstaliśmy zgodnie z planem o 5 rano, wyszliśmy również zgodnie z planem o 6 :) przez 15 km szliśmy równym krokiem pod górkę, ale to już nas nie dziwi, było okrutnie zimno, wiało paskudnie, była gęsta mgła przez którą nie dane nam było zobaczyć ostatnich górskich krajobrazów z Asturii :( spotkaliśmy na szlaku dwa konie, były tak zajęte podjadaniem że niewzruszone stały centralnie na wąskiej scieżce i musieliśmy je omijać :)
Następnie przekroczyliśmy granice miedzy Asturią i Galicją, od teraz muszle na odwrót wskazują drogę tzn rozchodzące się promienie wskazują kierunek, gdzie mamy podążać.
Ok. Godz. 11 dotarliśmy do Fonsagrady gdzie mieliśmy nadzieje znaleźć nocleg, niestety wszystkie albergi były zarezerwowane, poszliśmy więc dalej do Padron i tak znaleźliśmy wolne łóżka :)
Ponieważ było wcześnie no i niedziela postanowiliśmy zdobyć wino. W Hiszpanii w niedziele wszystko pozamykane wiec Agnieszka z Gosią próbowały dogadać się z hospitalero która mówiła tylko po hiszpańsku. Ku naszej radości udało się zamówić 3 butelki lokalnego wina z dowozem do albergue za cale 3 euro!
Radość ta jednak nie trwała długo, gdy przywieźli nam wino okazało się ze dziewczyny nie do końca zrozumiały po hiszpańsku - cena za wina wynosiła 30 euro :) zatem piliśmy dziś jedne z najdroższych win w naszym życiu - rozpusta! ;)
Po krótkiej sjeście poszliśmy na menu pelegrino. Dziś udało nam się znaleźć znakomitą restauracje, kelnerki nie mówiły po angielsku ale były przemiłe i z pomocą innych gości próbowały zebrać od nas zamówienia. To naprawdę wielka radość bo większość Hiszpan ma ewidentna alergie na język angielski, a co dopiero polski ;) jedliśmy zupe z dorsza, melona z ich regionalną szynką, wołowinkę i żeberka z frytkami, a na deser tarte de ceso (?) - ponoć ciasto regionalne, przepyszny sernik polany sosem karmelowym własnej roboty - niebo w gębie :)
Do albergue dotarła również ekipa z polski wiec na zwieńczenie tego dobrego dnia - Msza Sw na łące przy albergue, w tle góry i zachód słońca. Cudo!
Witajcie!
Dzisiaj chcielibyśmy pozdrowić Was ze SŁONECZNEJ, GORĄCEJ Hiszpanii:) o godzinie 10.00 było u nas - uwaga uwaga - jakieś 10 stopni! Popołudniu wyszło słońce i temperatura podniosła się do 18 stopni ;)
Ale od początku, wstaliśmy zgodnie z planem o 5 rano, wyszliśmy również zgodnie z planem o 6 :) przez 15 km szliśmy równym krokiem pod górkę, ale to już nas nie dziwi, było okrutnie zimno, wiało paskudnie, była gęsta mgła przez którą nie dane nam było zobaczyć ostatnich górskich krajobrazów z Asturii :( spotkaliśmy na szlaku dwa konie, były tak zajęte podjadaniem że niewzruszone stały centralnie na wąskiej scieżce i musieliśmy je omijać :)
Następnie przekroczyliśmy granice miedzy Asturią i Galicją, od teraz muszle na odwrót wskazują drogę tzn rozchodzące się promienie wskazują kierunek, gdzie mamy podążać.
Ok. Godz. 11 dotarliśmy do Fonsagrady gdzie mieliśmy nadzieje znaleźć nocleg, niestety wszystkie albergi były zarezerwowane, poszliśmy więc dalej do Padron i tak znaleźliśmy wolne łóżka :)
Ponieważ było wcześnie no i niedziela postanowiliśmy zdobyć wino. W Hiszpanii w niedziele wszystko pozamykane wiec Agnieszka z Gosią próbowały dogadać się z hospitalero która mówiła tylko po hiszpańsku. Ku naszej radości udało się zamówić 3 butelki lokalnego wina z dowozem do albergue za cale 3 euro!
Radość ta jednak nie trwała długo, gdy przywieźli nam wino okazało się ze dziewczyny nie do końca zrozumiały po hiszpańsku - cena za wina wynosiła 30 euro :) zatem piliśmy dziś jedne z najdroższych win w naszym życiu - rozpusta! ;)
Po krótkiej sjeście poszliśmy na menu pelegrino. Dziś udało nam się znaleźć znakomitą restauracje, kelnerki nie mówiły po angielsku ale były przemiłe i z pomocą innych gości próbowały zebrać od nas zamówienia. To naprawdę wielka radość bo większość Hiszpan ma ewidentna alergie na język angielski, a co dopiero polski ;) jedliśmy zupe z dorsza, melona z ich regionalną szynką, wołowinkę i żeberka z frytkami, a na deser tarte de ceso (?) - ponoć ciasto regionalne, przepyszny sernik polany sosem karmelowym własnej roboty - niebo w gębie :)
Do albergue dotarła również ekipa z polski wiec na zwieńczenie tego dobrego dnia - Msza Sw na łące przy albergue, w tle góry i zachód słońca. Cudo!








Komentarze
Prześlij komentarz